Większość komentatorów chwali fakt powstania raportu „Polska 2030", zwracając uwagę na to, że wraz z nim pojawia się szansa wprowadzenia dłuższego horyzontu czasowego do bieżącego dyskursu politycznego. Ja również doceniam intencje rządu. Problem w tym, że sposób przygotowania tego raportu oraz zaproponowany w nim rodzaj dyskusji - a raczej jej brak - oddalają nas od postawionego celu, zamiast do niego przybliżać.
Raport został przedstawiony jako kompletny i gotowy dokument, który można oczywiście przeczytać i skomentować. Nie można jednak wpływać ani na jego kształt, ani na decyzje i inicjatywy, które w oparciu o niego będą podejmowane. W efekcie coś, co może satysfakcjonować komentatorów życia politycznego z racji charakteru ich pracy, nie może w żadnym razie zadowalać polityków. Wrażenie oblężonej twierdzy, przybierające na sile w rządowych kręgach Platformy Obywatelskiej, osiągnęło taki poziom, że nie tylko nie włączono zewnętrznych ekspertów do prac nad raportem, ale nawet klub PSL okazał się niegodny zaufania (albo w mniemaniu doradców premiera „niewystarczająco kompetentny"). Do rozmów 0 przyszłości Polski można podchodzić diametralnie inaczej, czego przykładem jest Narodowy Program Foresight „Polska 2020", gdzie już na etapie analizy problemów i poszukiwania rozwiązań włączono nie tylko środowiska naukowe, ale także przedsiębiorców. Inną ciekawą propozycją jest Ośrodek Badań nad Przyszłością kierowany przez Edwina Bendyka. Niestety obie te inicjatywy cierpią na kompletny brak zainteresowania ze strony rządu, a co za tym idzie, są niemal poza głównym nurtem dyskusji. A szkoda, bo są pozytywnym przykładem tego, jak może wyglądać pluralistyczna dyskusja. Tym bardziej że budowanie wizji sięgającej kolejnych pokoleń wymaga społecznego kompromisu. A takiego porozumienia niestety zabrakło.
Zostawiając na boku sposób przygotowania raportu, a koncentrując się na zawartości merytorycznej, można szybko spostrzec, że „Polska 2030" przypomina Platformę Obywatelską. Z zewnątrz ładna okładka, kredowy papier, kolorowe rysunki i wrażenie profesjonalizmu - dobry makijaż i dużo pudru. Wystarczy jednak chwilę podrapać, spojrzeć z innego kąta, a cała fasadowość - zarówno PO, jak 1 samego raportu-wychodzi na wierzch. Autorzy raportu chcą „wprowadzić kraj na trakt twórczej destrukcji", zachwycają się nad „niesłychanie dogłębną adaptacyjnością", która charakteryzowała Polskę w ostatnich 20 latach, i z satysfakcją odkrywają, że kluczem dla gospodarek innowacyjnych jest innowacyjność. Twierdzą także, że wzrost nakładów na cloud computing (zagadką pozostaje, dlaczego polski rząd nie używa polskojęzycznego terminu „przetwarzanie w chmurze") umożliwi „niebywałą łączność". Odpowiedzi na pytanie, dlaczego akurat ta konkretna technologia jest tak istotna i co ma wspólnego z „niebywałą łącznością", niestety brak. Jest za to uzasadnienie tezy o synergii informatyki i telekomunikacji, w postaci danych sprzed 10 lat o wydatkach na te technologie na świecie. To wszystko na pierwszych kilkunastu stronach.
Z litości dl a autorów raportu i w trosce o czytelników tego artykułu na tych kilku przykładach poprzestanę. Niezgrabne sformułowania i naciągane tezy nie mogą jednak odwracać uwagi od rzeczy fundamentalnych. Spod lawiny faktów, quasi-faktów, okrągłych zdań i modnych stwierdzeń wyłania się jednak obraz, który może, i powinien, przerażać - archaiczne myślenie rodem z drapieżnego XIX-wiecznego kapitalizmu.
Siłą napędową rozwoju Polski, według autorów tego raportu, ma być model polaryzacyjno-dyfuzyjny. W założeniu wspieranie najbogatszych miast, regionów i grup społecznych ma spowodować, że zaczną one ciągnąć w górę pozostałe regiony i grupy społeczne; te, które pomocy zostały pozbawione. Realizacjitej liberalnej mrzonki nikt jednak nigdy w działaniu na żywo nie widział. Obniżka podatków dla prezesa banku bliskiego rządzącym nie pomoże zarabiać godnie kasjerce w supermarkecie, nauczycielowi czy pielęgniarce. Oddziaływanie społeczno-gospodarcze Berlina, stolicy największej europejskiej gospodarki, kończy się na obwodnicy - 40 km od centrum. Nawet najbogatsze Warszawa czy Gdańsk nie zmienią jakości życia w Mlęcinie czy Drzewinie. Państwo musi mieć ofertę dla wszystkich obywateli i nie może się ona opierać na filozofii, którą forsują autorzy raportu: siedźcie i czekajcie, aż spadnie wam cośze stołu bogatszych.
W związku z proponowanym w raporcie modelem rozwoju mam jeszcze jedną poważną obawę. O co chodzi? Otóż już raz mieliśmy do czynienia z podobnym dwuprzymiotnikowym pomysłem. Specjalista od terapii szokowej, wieloletni mentor Donalda Tuska, już raz zaserwował nam szok, o terapii niestety zapominając. Obawiam się, że to samo stanie się teraz. Bogaci będą się bogacić, biedni będą biednieć, a rząd rozłoży ręce, tłumacząc, że dyfuzja musi być samorzutna i skoro nie następuje, to znaczy, że trzeba dalej wspierać polaryzację.
Chęć zwiększania dysproporcji pomiędzy ludźmi to zresztą niejedyny liberalny pomysł w tym dokumencie. Autorzy jako jeden z dwóch głównych celów wymieniają wzrost gospodarczy. Jest to nie tylko pomieszanie celów z narzędziami, ale także sposób myślenia rządzących - stawianie wskaźników makroekonomicznych ponad człowiekiem. Dla mnie osobiście, dla polskiej lewicy i dla lewicy wogóle takie podejście jest nie do zaakceptowania. Politykę uprawia się dla ludzi, a nie dla wskaźników - choćby tych najbardziej istotnych.
Osobną kwestią jest to, jak zapisy tego raportu traktują jego inicjatorzy i współautorzy. Przez prawie czterysta stron raportu przewija się ciągle koncepcja wspierania budowy gospodarki opartej na wiedzy i pobudzania innowacyjności Polski. W tej kwestii nie ma sporu politycznego. Trudno jednak te deklaracje traktować poważnie, pamiętając, jak w 2009 r. rząd Donalda Tuska obciął budżet na naukę i szkolnictwo wyższe o prawie 20 proc. - najwięcej ze wszystkich ministerstw. Strategiczne wizje musiały ustąpić miejsca gabinetowym gierkom. Podobnie brudnej polityce zawdzięcza swoją porażkę zgłoszony przez klub Lewicy projekt powołania w Sejmie komisji ds. nauki i nowoczesnych technologii.
Mam dla premiera Tuska i całej polskiej klasy politycznej jasną propozycję. Zbudujmy ponadpartyjne porozumienie na rzecz nauki i innowacji. Pracując razem na rzecz polityki zagranicznej, wprowadziliśmy Polskę do NATO i Unii Europejskiej. Dziś jest szansa na kolejny historyczny przełom. Możemy wspólnie przeprowadzić Polskę z okresu przemysłowego do ery cyfrowej. Nie zmarnujmy tej szansy.
Zaprezentowany w raporcie „Polska 2030" model rozwoju nie jest, wbrew twierdzeniom i jego autorów, ani jedyny, ani też L. I najlepszy. Zamiast wspierać narastanie dysproporcji i promować polaryzację, należy skoncentrować się na budowie modelu sieciowego. W nowoczesnym modelu rozwojowym największą wartością są powiązania pomiędzy podmiotami (niezależnie od tego, czy jako podmiot rozumiemy miasta i gminy, przedsiębiorstwa, czy obywateli). Taka sieć powiązań tworzy możliwości, buduje elastyczność i zdolność do radzenia sobie z problemami. Pozytywne relacje pomiędzy ludźmi to także główny składnik kapitału społecznego.
Sieciowy model gospodarki i społeczeństwa bardziej odpowiada realiom XXI w. niż idee centrów rozwojowych samorzutnie promieniujących na otaczające obszary. Polska potrzebuje dziś rozwiązań na miarę naszych czasów, a nie powrotu do pomysłów rodem z XIX w.
Społeczeństwo i gospodarka sieciowa nie powstaną samoistnie. Ogromną rolą państwa jest wspieranie powstawania pozytywnych relacji pomiędzy obywatelami a przedsiębiorstwami. Każdy projekt, realizowany przy udziale pieniędzy publicznych lub na rzecz administracji publicznej, powinien wymuszać kooperację i budowanie relacji. Podobnie, na budowanie relacji powinny być zorientowane programy nauczania na wszystkich poziomach. Im gęstszą i bardziej różnorodną sieć relacji uda się nam zbudować, tym większy będzie generowany przez nią impuls rozwojowy. Państwo musi wspierać budowanie społeczeństwa egalitarnego, otwartego na wszystkich jego członków, inkluzywnego, a nie ekskluzywnego.
Lewica opowiada się za podatkiem progresywnym jako jednym z narzędzi zmniejszania rozwarstwienia dochodowego. Poziomy progów podatkowych i sama wysokość podatku powinny odzwierciedlać aktualną sytuację ekonomiczną poszczególnych grup, a także moment cyklu koniunkturalnego. Podatki nie tyle mają być wysokie, co adekwatne do zadań, które bierze na siebie państwo. W przeciwnym razie stawianie sobie ambitnych celów, takich jak wydatkowanie przynajmniej 3 proc. PKB na naukę i nowoczesne technologie (w porównaniu z niespełna 0,5 proc. obecnie), jest zupełnie nierealne. Proponowane w rządowym raporcie odejście odpodatku od dochodów na rzecz podatków pośrednich oznacza w istocie, że najgorzej sytuowane grupy będą płaciły procentowo najwięcej w stosunku do swoich dochodów. To nawet nie jest podatek liniowy - to zawoalowany podatek degresywny - bogatsi będą płacić mniej.
Zgadzam się z Michałem Bonim, że zrównoważonego rozwoju Polski nie da się oprzeć tylko na jednej, choćby nawet najbardziej innowacyjnej technologii. Nawet tak fundamentalne dla gospodarki światowej innowacje jak czyste technologie pozyskiwania energii z węgla mogą być tylko jednym z filarów rozwoju.
Jednocześnie jednak nie rozumiem tej wyrażanej przez autorów raportu (i podzielanej przez ministra Boniego) fascynacji imitacją. Imitacja nigdy nie była elementem naszej kultury. Poza tym skazuje ona Polaków na niskie pensje i niepewność zatrudnienia. W dłuższym okresie bogactwo kraju może być zbudowane tylko przez innowacje produktowe i procesowe. Bez drastycznego wzrostu nakładów na badania i rozwój, bez reformy finansowania tego sektora czeka nas dryf rozwojowy. Na razie w dryf wpadła rządowa propozycja reformy systemu szkolnictwa wyższego i finansowania nauki (jako lewica mamy do niej zresztą bardzo wiele fundamentalnych zastrzeżeń). Od prawie roku nie może wyjść z komisji sejmowej.
Istotnym elementem kształtującym naszą politykę rozwojową są, i wciąż będą, transfery z budżetu Unii Europejskiej. Koncepcja - rodząca się w Europie - aby związać je z realizacją celów wyznaczanych przez paneuropejskie strategie, takie jak na przykład strategia lizbońska, wymusi na nas przygotowanie realnych programów osiągnięcia w Polsce wyznaczonych tam wskaźników. Powinniśmy pamiętać, że przepływy pomiędzy budżetem Polski a UE będą dla nas w kolejnej perspektywie budżetowej dużo mniej korzystne.
Problemem i pytaniem przestanie być to, jak wydać miliardy z Unii, a stanie się to, jak zrobić to mądrze i możliwie najbardziej efektywnie. Musimy się także przygotować na konkurowanie o środki z budżetu Unii Europejskiej w międzynarodowych konkursach, w których polskie projekty będą musiały być merytorycznie lepsze od tych przygotowanych przez Niemców, Francuzów, Hiszpanów czy Włochów. Próbkę takich konkursów mamy obecnie w obszarze badań naukowych i na razie wypadamy w nich bardzo słabo.
Wiele istotnych społecznie tematów zostało w raporcie „Polska 2030" przemilczane. Nie znajdziemy tam propozycji ani analiz dotyczących służby zdrowia czy systemu emerytalnego. Chciałbym wierzyć, że jest to raczej efekt ograniczeń objętościowych i przyjętej konwencji niż pochodna liberalnego myślenia, że te sfery nie mieszczą się w zakresie obowiązków państwa. Ja osobiście chciałbym się także dowiedzieć, jak pod rządami zaproponowanej wizji będzie w 2030 r. wyglądało życie moich wyborców: nauczycielki, stoczniowca, programisty czy lekarki. Niestety, na to pytanie odpowiedzi w tym raporcie nie ma.
Polska The Times 19.02.20010
Bądź w kampanii na bieżąco. Subskrybuj naszego NEWSLETTERA już dziś.
To wyjątkowa możliwość śledzenia poczynań Grzegorza Napieralskiego. Dowiesz się dzięki nam o spotkaniach, przedsięwzięciach czy eventach z udziałem naszego kandydata.